niedziela, 6 marca 2016

Ciacho dla bezglutenowców

Tak się ostatnio składa ,ze coraz to szerszym kołem zatacza i ogarnia wszystkich dieta bezglutenowa.Trafiło również i na mnie. Nie robię tego z jakiś szczególnych przesłanek zdrowotnych tylko bardziej żeby się dowiedzieć jakie może mieć skutki ograniczanie produktów bez glutenu.
    Dietę tą wdrożyłam już jakieś 2 miesiące temu i z pewnością muszę stwierdzić ,że ... lecą kilogramy. Proces jest z pewnością bardzo powolny ale jednak ! Nie zakładam ,że schudnę nie wiadomo ile, ale proces ten jest z pewnością z korzyścią dla mojego organizmu.
    Najgorzej jest wtedy, kiedy nachodzi ochota na to COŚ. Gdzie się nie obrócę, to wszędzie są tylko ciacha z glutenem ( o spulchniaczach, wspomagaczach  smakowych itp. nie wspomnę ). może jakieś 15 lat temu byłby problem - ale dzisiaj, kiedy swoją radą na każdym kroku służy nam Wujek Google - nie ma strachu !
Ciacho znalazłam na :
http://www.przyslijprzepis.pl/przepis/ciasto-jaglano-migdalowe-z-truskawkami

tak ,tak :) ciasto jaglano migdałowe z truskawkami -brzmi wybitnie i muszę już teraz przyznać, że spamuje równie dobrze. Zachęcam do odwiedzenia strony albo załączam tenże przepis na dole :

CIASTO:
1 szklanka kaszy jaglanej
1/2 szklanki mleka
3/4 szklanki cukru
3 jajka
1/4 szklanki oleju
50g płatków migdałowych
1 płaska łyżeczka sody
truskawki
POLEWA MIGDAŁOWA:
75g masła
1/3 szklanki cukru
100g płatków migdałowych


Sposób przygotowania
Kaszę jaglaną przepłukać pod bieżącą zimną wodą, sparzyć i ugotować według wskazówek na opakowaniu. Dodać mleko i zmiksować blenderem.
Jajka utrzeć z cukrem i dodać zmiksowaną kaszę. Wymieszać. Płatki migdałowe zmielić i wymieszać z sodą. Sodę można zastąpić proszkiem do pieczenia, ale ciasto nie będzie wtedy bezglutenowe. Wmieszać migdały w ciasto. Wylać na formę (21x25) ułożyć truskawki. Piec w 180*C przez 45min.

Masło rozpuścić na patelni z cukrem i wymieszać razem z płatkami. Na upieczone ciasto wyłożyć migdały i zapiec jeszcze 10min. Smacznego!
A teraz kilka moich uwag :
zmieniłabym ucieranie całych jajek z cukrem - wg mnie lepiej najpierw utrzeć same żółtka z cukrem ,białka ubić na sztywną pianę i dopiero to wszystko połączyć z kaszą. W opisie brakuje również oleju ,który jest w składnikach - i tu można go dodać ale wcale nie trzeba.
Co się tyczy polewy to zdecydowanie mniej masła potrzebowałam niż jest to podane w składnikach - zawsze odrobina mniej kalorii 






poniedziałek, 29 lutego 2016

Peyote - ciąg dalszy

Tak jak już wcześnie wspominałam - peyoty to coś co mnie koi i pozwala się wyciszyć. Nie będę więcej już nic dodawać a jako uzupełnienie zdjęcia poniżej. Dodam ,że jeżeli ktoś byłby zainteresowany wzorem to zapraszam do kontaktu :)


Tak dla ścisłości to ten ostatni jak widzicie jest robiony techniką wyplatania na krośnie - nie jest tak pracochłonna jak peyoty, ale bransoletki są bardzo miękkie i bardzo przyjemnie się je nosi .

niedziela, 28 lutego 2016

Makrama

Pamiętam ,że od dziecka lubiłam się bawić sznurkami. Splatałam je ze sobą tworząc różne dziwne i oczywiście bardzo potrzebne rzeczy służące w zasadzie do niczego :).. i przyszedł po tych kilkudziesięciu latach znowu moment kiedy to przypomniałam sobie o tej technice - technice MAKRAMA. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć bransoletek wykonanych najprostszymi supełkami w połączeniu z koralikami. Tą biżuterię ( mam nadzieję ,że nikt nie uzna tego za zbyt mocne określenie) w przeciwieństwie do "paśnych" peyotów mam gdzie nosić i do czego. Są zdecydowanie mniej zobowiązujące i mają taki lekko sportowy charakter w połączeniu z jakże ponadczasowym BOHO.









sobota, 27 lutego 2016

Peyote na skołatane nerwy

Ponieważ to dopiero drugi post postanowiłam kuć żelazo póki gorące i na sam początek zaserwuję Wam jeden z moich - nazwijmy to nałogów- zaplatania koralikowe .Fachowo zwane peyotami moje bransolety cieszą moje oczy i sprawiają ,że kiedy którąś skończę to odczuwam niesamowitą ulgę :).
Kocham pleść te szklane cudeńka - nosić nie zawsze...chyba nie mam gdzie i kiedy.

i jeszcze jedno ułożenie - taka mała abstrakcja na temat przedmiotu użytkowego ...

piątek, 26 lutego 2016

Kiedy w głowie jest woda sodowa ...

.. to tak naprawdę bez względu na to jaka jest pogoda i tak będzie świecić słońce. Tak właśnie jest od momentu kiedy skończyłam magiczny czterdziesty ( 40) rok swojego życia. Wydawałoby się ,że to nic - rok jak rok - żadna tam rewelacja, a jednak. Powoli zaczęło się wszystko zmieniać...
Kilka miesięcy od tej daty radości moich rodziców ( czytaj: moich urodzin ) miałam wypadek o którym jakbym wiedziała już dwa lata wcześniej. Zgadzało się wszystko : tir jako sprawca wypadku ,ja ofiara w samochodzie z okrągłymi lampami, czerwona stacja benzynowa i to wszystko miało miejsce na wzniesieniu - jak widać przeżyłam i mam się dobrze a idąc myślą ,że co nas nie zabije to nas wzmocni zaczęłam bardziej dbać o to co tak naprawdę jest dla MNIE ważne - o swoje własne szczęście i najbliższych mi ludzi.
         W tym miejscu chciałam się podzielić z Wami tym co mnie cieszy i co pomaga uzyskać w życiu codziennym uśmiech na twarzy, o moich pasjach, o moich wynalazkach kulinarnych ,które albo sama odkrywam, albo wynajduję w przestworzach internetu, o problemach i próbie ich rozwiązania bo często jest tak ,że może się to po prostu przydać...a może coś tam jeszcze co do głowy mi przyjdzie...