poniedziałek, 29 lutego 2016

Peyote - ciąg dalszy

Tak jak już wcześnie wspominałam - peyoty to coś co mnie koi i pozwala się wyciszyć. Nie będę więcej już nic dodawać a jako uzupełnienie zdjęcia poniżej. Dodam ,że jeżeli ktoś byłby zainteresowany wzorem to zapraszam do kontaktu :)


Tak dla ścisłości to ten ostatni jak widzicie jest robiony techniką wyplatania na krośnie - nie jest tak pracochłonna jak peyoty, ale bransoletki są bardzo miękkie i bardzo przyjemnie się je nosi .

niedziela, 28 lutego 2016

Makrama

Pamiętam ,że od dziecka lubiłam się bawić sznurkami. Splatałam je ze sobą tworząc różne dziwne i oczywiście bardzo potrzebne rzeczy służące w zasadzie do niczego :).. i przyszedł po tych kilkudziesięciu latach znowu moment kiedy to przypomniałam sobie o tej technice - technice MAKRAMA. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć bransoletek wykonanych najprostszymi supełkami w połączeniu z koralikami. Tą biżuterię ( mam nadzieję ,że nikt nie uzna tego za zbyt mocne określenie) w przeciwieństwie do "paśnych" peyotów mam gdzie nosić i do czego. Są zdecydowanie mniej zobowiązujące i mają taki lekko sportowy charakter w połączeniu z jakże ponadczasowym BOHO.









sobota, 27 lutego 2016

Peyote na skołatane nerwy

Ponieważ to dopiero drugi post postanowiłam kuć żelazo póki gorące i na sam początek zaserwuję Wam jeden z moich - nazwijmy to nałogów- zaplatania koralikowe .Fachowo zwane peyotami moje bransolety cieszą moje oczy i sprawiają ,że kiedy którąś skończę to odczuwam niesamowitą ulgę :).
Kocham pleść te szklane cudeńka - nosić nie zawsze...chyba nie mam gdzie i kiedy.

i jeszcze jedno ułożenie - taka mała abstrakcja na temat przedmiotu użytkowego ...

piątek, 26 lutego 2016

Kiedy w głowie jest woda sodowa ...

.. to tak naprawdę bez względu na to jaka jest pogoda i tak będzie świecić słońce. Tak właśnie jest od momentu kiedy skończyłam magiczny czterdziesty ( 40) rok swojego życia. Wydawałoby się ,że to nic - rok jak rok - żadna tam rewelacja, a jednak. Powoli zaczęło się wszystko zmieniać...
Kilka miesięcy od tej daty radości moich rodziców ( czytaj: moich urodzin ) miałam wypadek o którym jakbym wiedziała już dwa lata wcześniej. Zgadzało się wszystko : tir jako sprawca wypadku ,ja ofiara w samochodzie z okrągłymi lampami, czerwona stacja benzynowa i to wszystko miało miejsce na wzniesieniu - jak widać przeżyłam i mam się dobrze a idąc myślą ,że co nas nie zabije to nas wzmocni zaczęłam bardziej dbać o to co tak naprawdę jest dla MNIE ważne - o swoje własne szczęście i najbliższych mi ludzi.
         W tym miejscu chciałam się podzielić z Wami tym co mnie cieszy i co pomaga uzyskać w życiu codziennym uśmiech na twarzy, o moich pasjach, o moich wynalazkach kulinarnych ,które albo sama odkrywam, albo wynajduję w przestworzach internetu, o problemach i próbie ich rozwiązania bo często jest tak ,że może się to po prostu przydać...a może coś tam jeszcze co do głowy mi przyjdzie...